Co to jest świdermajer?

Share

W literaturze przedmiotu pojawiają się określenia takie jak: dworek lub dworki Andriollego, andriollówka, wille Andriollego, architektura Andriollowskich Brzegów, domy w stylu Andriollego, styl nadświdrzański, drewniane budownictwo otwockie, letniskowa architektura nadświdrzańska, drewniane wille, letniaki czy pejoratywne określenie poety K.I. Gałczyńskiego świdermajer.
W latach PRL funkcjonowały także o konotacji ujemnej określenia: Pekiny lub drewniaki z powodu nadmiernego ich zasiedlenia przez Biura Kwaterunkowe miejskich i gromadzkich (gminnych) Rad Narodowych.
Niewątpliwie każde z wymienionych określeń posiada swoje uzasadnienie, ale żadna nazwa nie określa w pełni zjawiska, jakim było powstawanie w przeciągu zaledwie 45 lat zabudowy na odcinku kolejowym Wawer- Śródborów. Nazwa świdermajer stała się terminem najbardziej popularnym i medialnym, określającym wspólne cechy letniskowej, drewnianej architektury linii otwockiej, w której „Brzegi”, Wille Wiązowskie, Wille Otwockie, Wille Falenickie i Wille Świderskie odegrały wiodącą rolę.
Według przyjętej powszechnie definicji: Świdermajer to nazwa budownictwa drewnianego, które powstało na przełomie XIX i XX w. na tzw. Linii Otwockiej, czyli miejscowościach znajdujących się wzdłuż linii kolejowej od Wawra po Śródborowa za Otwockiem. Twórcą tego stylu był mieszkający tu pod koniec XIX wieku Michał Elwiro Andriolli. Są w nim elementy tradycyjnego budownictwa mazowieckiego, rosyjskiego i stylu alpejskich osiedli górskich. Bryła budynku ukształtowała się na wzór architektury szwajcarskiej. Andriolli wzbogacił ją o werandy i przedsionki zaczerpnięte z rosyjskiego budownictwa. Dla „świdermajerów” charakterystyczne są przepiękne ażurowe zdobienia drewnianych werand i ganków oraz szpiczaste zakończenia dachów. Nazwę stylu wymyślił Konstanty Ildefons Gałczyński, już po II wojnie światowej.
Wyjaśnić należy, że od połowy lat 1920-tych dolny odcinek rzeki Świder należał do dynamicznie rozwijającej się gminy Letniska Falenica i po części tzw. Willi Wiązowskich gminy Wiązowna (do marca 1939 r.) oraz Willi Świderskich. Willami Wiązowskimi nazywano tereny leżące nad dolną Mienią i Świdrem m.in.: Emów, Letniska Świder (po wschodniej stronie rzeki), Mlądz, Zamlądz, Rycice, Białek, Natalin Żarynów, Teklin i ciąg domów dotykających ulicy Reymonta, Samorządowej w Uzdrowisku Otwock. Po aneksji północnej części gminy Letniska Falenica w 1952 roku do m.st. Warszawy ten fragment Letniska Świder, jak i tereny południowego brzegu Świdra po Wólkę Mlądzką stały się częścią miasta Otwocka.
Cechą charakterystyczną, owych świdermajerowskich domów i dworków, był wspólny materiał użyty do ich budowy. Było to przeważnie drewno sosnowe. W nielicznych obiektach jako podwalina używano dębiny. Za fundament przeważnie służyła niewielka, ceglana podmurówka. Podwalina domów wykonana była z drewna łączonego na zacios, zamek lub klucz. Ściany budynków posiadały dwojaką konstrukcję. W większości były zrębowe lub sumikowo -łątkowe z węgłem łączonym na rybi ogon z obciętymi ostatkami szkieletowymi. Niektóre z nich miały konstrukcję sumikowo – łątkową ze słupami na węgłach budynków oraz na długości ścian. W domach o tego typu konstrukcji wykorzystywano ich formę przy dobudowywaniu dodatkowych pomieszczeń przez dostawianie dodatkowe sumików i łątek do ścian już istniejących. W ten sposób rozbudowano np. dom pp. Grzybowskich w Wiązownie Kościelnej. Domy były przeważnie dwutraktowe, budowane na planie zbliżonym najczęściej do prostokąta lub kwadratu. We wszystkich domach tego typu stropy i podłogi były drewniane. Podłogi kładziono na legarach a sufity (na belkach stropowych) obijano dodatkowo deskami i kładziono tynk na trzcinie. Lepszej estetyce i trwałości budynków sprzyjało oszalowanie. Ściany były oszalowane z obu stron. Wewnętrzne ściany tynkowano też na podłożu z trzciny. Przestrzenie między sumikami a deskami szalunku ocieplano igliwiem sosnowym, wysuszonym torfem, trocinami. Zewnętrzne ściany budynków najczęściej oszalowane były starannie dobieranymi i odpowiednio przygotowanymi deskami. Szalunek zewnętrzny przybierał ozdobną formę. Do wysokości okien deski były przybijane pionowo, wyżej, poziomo oddzielone drewnianym gzymsem biegnącym wzdłuż ścian budynku. Miało to praktyczne znaczenie, bo w przypadku zniszczenia, deski wymieniano w zniszczonych fragmentach, bez potrzeby demontażu ich z całej ściany. W domach parterowych z trempelkami w dachu, deski szalunkowe nachodziły od góry na deski ścian. Zakończenia były zdobione laubzegowymi wycinankami o motywach roślinnych. Dodatkowo oszalowane były również węgły, bogato zdobione. Najczęściej spotykanym szalunkiem były układy podkreślające wertykalizm i horyzontalizm płaszczyzn ściennych, urozmaicające lico budynku, dzieląc go na mniejsze pola np. między oknami. Przybijane do bali sosnowych desek na narożach były też starannie fazowane, zdobione wycinanymi zakończeniami. Ta bogata snycerka, zarówno szalunku jak i otworów drzwiowych, okiennych z okiennicami, ganków, werand, ścian, szczylów dachów miała w sobie coś z krajobrazu podmoskiewskich daczy czy alpejskich kurortów.

Bryła budynku nakryta była zazwyczaj płaskim, dwuspadowym dachem najczęściej o konstrukcji krokwiowej, krokwiowo- jętkowej, czasami wzmacnianym stolcem. Krokwie oparte były na belkach stropowych, najczęściej jednak na murłacie lub na trempelku (podwójnej murłacie). Dzięki takiemu rozwiązaniu uzyskiwano dodatkową powierzchnię mieszkalną na poddaszu. Dachy w okresie międzywojennym były kryte dachówką ceramiczną, blachą, na obszarach typowo wiejskich – słomą, dopiero po II wojnie zastąpiono je eternitem i papą. Dachy miały zróżnicowaną formę dwuspadową, naczółkową lub mansardową. Ich szczyty były zawsze bogato zdobione, oszalowane z licznymi wycinanymi wzorami o motywach roślinnych lub zwierzęcych, z pazurami i krokiewkami.

W skali Mazowsza domy pobudowane w tym stylu są niewątpliwie zjawiskiem szczególnym, godnym dokładnego poznania. Styl ten, narzucony przez naturalne właściwości ogólnie dostępnego materiału budowlanego i poczucie smaku – lub też jego braku – rozwijał się w dwóch kierunkach. Wille i dworki – użytkowane przez cały rok – były staranniej budowane, ozdobniejsze i lepiej wyposażone. Natomiast te o charakterze typowo letniskowym czy dochodowym (wynajmowanym gościom z miasta) – były mniej starannie zdobione i wykonane.

Pod względem formy, domy występujące w Dolinie Środkowej Wisły na linii otwockiej można podzielić na trzy grupy: 1.Obiekty kubaturowo największe, wielokondygnacyjne, o rozwiniętym planie składający się z wielu zestawionych ze sobą brył 2. Mniejsze obiekty dwukondygnacyjne 3. Parterowe domy mieszkalne, najbardziej zbliżone do tradycyjnej architektury Mazowsza np. w Otwocku okolice ulic: Żeromskiego, Reymonta, Mickiewicza, Zacisznej; w Bojarowie ul. Kraszewskiego, Świdrze ul. Majowa, przy ul. Kościelnej w Wiązownie domy pp. Grzybowskich, Kozerskich, Szyperskich czy też kolonia żydowska przy ul. Lubelskiej. Pod względem funkcji można je podzielić na obiekty użyteczności publicznej np. dworce i służbówki kolejowe w Otwocku, Celestynowie, dawna szkoła w Malcanowie, w Otwocku pensjonat Gurewicza sklepy przy ul. Przewoskiej, apteka Podolskich przy ul. Kościelnej oraz domy mieszkalne – jedno i wielorodzinne np. w Józefowie – Jarosławiu. Poszczególne funkcje mogły być przypisywane różnym formom domów.

O całości kompozycji budynku decydowały werandy, charakterystyczny element wszystkich willi. Ten element, czy to weranda czy ganek, ozdabiający bryłę budynku, był jednocześnie bardzo funkcjonalny. Ich ilość w niektórych obiektach dochodziła do kilku. Werandy bardzo często akcentowały centralną oś elewacji, czasem też były przesunięte bliżej narożników lub też pojawiały się na ścianie szczytowej. Ilość ich zależała od wielkości budynku, a dokładnie od liczb znajdujących się w nim mieszkań. Werandy były budowane na planie kwadratu, prostokąta lub wieloboku. Występowały ich dwa rodzaje: przeszklone lub otwarte na zewnątrz. Na parterze weranda przyjmowała funkcje ganku, łączące wnętrze z otaczającym ogrodem, stanowiąc też dodatkowe wyjście. Na piętrze, związana z poddaszem, dawniej zastępowała taras, balkon czy loggię, pełniąc też rolę letniego salonu. Werandy wykonane były najczęściej w konstrukcji szkieletowej oszalowanej u dołu deskami, u góry czasami oszklonymi. Bywały też o konstrukcji sumikowi -łątkowej jako nierozerwalna część ścian zewnętrznych budynków, z licznymi elementami ozdobnymi. Do dziś oryginalne werandy i ganki zachowały się m.in.: na plebaniach w Gliniance, Kołbieli i Wiązownie ponadto przy domu pp. Kulczyckich w Wiązownie Kościelnej, na posesji pp. Szwedo – w dawnym folwarczku Szlenkierów – Chrzanowskich; w emowskich willach pp. Degenteszów i Konczyckich; na folwarku Gródek u Skibińskich – Bryłów. W różnych miejscach Otwocka. Tam najlepiej zachowały się oryginalne werandy w dawnej posiadłości Władysława Reymonta w willi „Lola” przy obecnej ul. Reymonta 29. Domem starannie opiekują się właściciele, małżonkowie Maria z Sawickich i Wojciech Mikołajewscy, absolwenci warszawskiej ASP.

Przy budowie domów letniskowych tzw. willi, sanatoriów, pensjonatów itp. wykorzystywano umiejętności miejscowych cieśli i stolarzy, którzy w doskonały sposób uchwycili cechy charakterystyczne nowego sposobu zdobnictwo zaproponowane przez artystę Andriollego, a nawet go rozwinęli.

Co ciekawe, moda na ganki i werandy przywędrowała wraz z ludnością żydowską do stolicy i zdobiły dworzec kolejowy przy moście Kierbedzia, pawilony szpitala na Czystem i św. Zofii na Muranowie. Wkrótce też przekroczyła rogatki stolicy i dotarły dalej na zachód, do Podkowy Leśnej, Milanówka, Konstancina, a nawet nad morze do Sopotu.

Józef Hen, opisując swoje letnie wakacje spędzane w Michalinie w latach międzywojennych, pozostawił opis swojego domu letniskowego wzorowanego na klasycznym stylu „nadświdrzańskim”: ojciec kupił morgę piaszczystego gruntu w Michalinie i pośród sosen zaczął stawiać willę. Powiedział mamie, że to będzie willa z wszystkimi wygodami (tak pisano w ogłoszeniach), z kuchenkami na drewno i węgiel, z elektrycznością, a nie lampami naftowymi, z bieżącą wodą w pokojach i ze skanalizowanymi ubikacjami za budynkiem głównym. Komfort! I dotrzymał słowa. Było tam dziesięć mieszkań, sześć z nich z werandami, tylko dwie < kawalerki>, jak je nazwano, nie miały kuchni, a w pozostałych wszystkie kuchnie wychodziły na jedną stronę, tak, że służące i paniusie mogły, siedząc na schodkach, paplać, a panowie, siedząc na werandzie od frontu, niczego nie musieli słyszeć. Postawiono oddzielny domek dla dozorcy, była w nim duża izba i kuchnia. Wille letniskowe różniły się między sobą wielkością i wyposażeniem. Najczęściej posiadały do wynajęcia kilka dwupokojowych lokali z werandami i kuchniami, chociaż zdarzały się i większe, kilkupokojowe. Zwykle mieszkania meblowano jedynie w niezbędne sprzęty, gdyż pozostałe rzeczy letnicy przywozili ze sobą. Nieliczne były tylko elegancko wyposażone. W drugiej dekadzie XX w. coraz częściej jednak wynajmowano mieszkania umeblowane, z pościelą, kompletnym wyposażeniem kuchni, a nawet porcelanowymi naczyniami Wyjeżdżało się na letnisko z mniejszym ładunkiem, ale za to z grubszym portfelem. Pomimo tego zasada prowadzenia domu na letnisku nadal była tradycyjnie utrzymana. W kolejnych latach coraz popularniejsza stawały się pensjonaty, w których obowiązywały nieco już inne zwyczaje. Letniskowe domy i pensjonaty otaczane były zazwyczaj dużymi ogrodami, na przykład wille: Wedla, Hiszpańskiego, Degenteszów, Chrzanowskich. Przy nich znajdowały się zadbane klomby, kwietniki, żwirowane i gracowane alejki obok nich niekiedy ogrody warzywne i owocowe. Budynki wzniesione na parcelach leśnych, miały też starannie wytyczane alejki spacerowe. Wszystkie posesje od ulic odgradzały drewniane bądź metalowe, malowane parkany z ozdobnymi bramami i furtkami. Józef Hen wspominał: Ojciec dbał o to żeby parkan był zawsze ładnie pomalowany, ścieżki wytyczone i wysprzątane, chronił sosny, zasadził wkoło domu akacje i jarzębiny, za to mama wyżywała się w kwiatach. […]

Jesienią letniska wyludniały się, wille pustoszały. Poza sezonem opiekowali się nimi najmowani dozorcy mieszkający w specjalnie wzniesionych dla nich obiektach zwanych stróżówkami.

Z czasem w wielu miejscowościach Mazowsza, a zwłaszcza na biednych przedmieściach spekulanci budowlani stawiali drewniane „letniaki”, przy jak najniższych kosztach, ale z myślą o jak największej pojemności. Materiały na takie domy były pośledniego gatunku, a rzemieślnicy, już nie tak staranni, pozbawieni polotu artystycznego i dobrego smaku. Wszystko nastawione było na szybki zysk. Do budowy owych „Pekinów” wykorzystywano nawet stare podkłady pod szyny i drewno z rozbiórki baraków kolejowych, a nawet ze zużytych wagonów. Zamiast starannie laubzegowanych i fazowanych desek, okapy „ozdabiano” paskami sztancowanej blachy. Ten styl tandety i brzydoty nazwano ironicznie „świdermajer”. Nie miało to niczego wspólnego z pierwowzorami Andriollego. Tym niemniej zostało szeroko rozpowszechniony na przedmieściach Warszawy z powodu rosyjskich zakazów (od 1888 r.), nie pozwalających na wznoszenie budynków murowanych w zasięgu carskich fortów w Wawrze czy Kawęczynie twierdzy „Warszawa”, a w okresie międzywojennym z powodu kryzysu ekonomicznego.

Współcześnie znika architektura tamtych lat, chociaż jeszcze, gdzieniegdzie na całej linii otwockiej czy też w okolicach Mińska Mazowieckiego możemy popatrzeć na budynki dawnych willi, pensjonatów i gmachów użyteczności publicznej w nadświdrzańskim stylu. Ale i one zostaną niebawem tylko na fotografiach, bo bilans ostatnich lat jest wymowny.


M.in. rozebrano budynek pierwszego otwockiego sanatorium dr Geislera i stojący po sąsiedzku zabytkowy “Stasinek”, czyli dom emerytowanych księży. Dawny pensjonat braci Nussbaumów spłonął kilka lat temu, straszy dewastacją “Ostrówek”, znany bardziej jako szpital przeciwgruźliczy “Buczek” przy ul. Piłsudskiego. Na oczach wszystkich dogorywa pensjonat Gurewicza. Drewniaki niszczy czas, ale głównie zamieszkujący je ludzie. Wiele domów trawi pożar. Płoną szczególnie zimą, kiedy zdeterminowani lokatorzy dogrzewają się piecykami. Przeciążona instalacja elektryczna, kolki w ścianach i spróchniałe deski – to znakomita pożywka dla ognia. Giną drewniaki, czasem giną z nimi ludzie. Tak było np. w Józefowie, gdzie kilka lat temu na skutek niedrożnych przewodów kominowych zaczadziały 2 osoby. Bardzo pouczająca jest lektura “Księgi Pożarów”, wynika z niej, że aby pozbyć się lokatorów i pozyskać atrakcyjne położoną działkę. (Parcelę nabytą najczęściej już po wojnie z mienia tzw. opuszczonego za symboliczną złotówkę). Najlepiej jest spalić drewniak, a wszyscy będą zadowoleni. Lokatorzy dostaną mieszkania komunalne, a właściciel teren pod nową zabudowę.

Jednak najważniejszym powodem zagłady “świdermajerów” jest ich śmierć techniczna. Wszystkie z nich zbudowano przed wojną (niektóre jeszcze przed pierwszą) wykorzystując nadświdrzańską hossę wilegiaturową. Większość powstało jako typowe letniaki, z tanich materiałów, bez ocieplenia, na niewysokich fundamentach, bez bieżącej wody, kanalizacji, piwnic, przewodów kominowych i kuchni. Tymczasem po wojnie przesiedlono do nich rozbitków ze zrujnowanej Warszawy, napłynęło wiele osób z podlaskiej wsi. Efekt był taki, że w teoretycznie jednorodzinnym domu, użytkowanym tylko w sezonie letnim, mieszkało po 10 rodzin, po jednej w każdym pokoju i to przez okrągły rok. Wokół powstały sklecone z byle czego komórki, “sławojki”, gołębniki. Piękne werandy adaptowano na składy rupieci, zadbane ogrody zmieniły się w straszliwe śmietniki, pomyje wylewano na ulicę, każdy robił co chciał, bo to przecież nie moje.
Większość tych drewniaków to budynki objęte przepisami o szczególnym trybie najmu– mówiła Maria Adamus, inspektor ds. lokalowych Referatu Gospodarki Nieruchomościami UM w Józefowie w wywiadzie udzielonym red. Jackowi Kałuszko wiosną 2004 roku. Ten dziwoląg prawny wprowadzono w 1948 r. Mówiąc krótko: właściciele nimi administrowali, zarządzali, a lokatorzy płacili czynsz. Ile? 30 groszy za metr kwadratowy. Kto był w stanie utrzymać i remontować za to np. dwupiętrowy dom? Taki stan trwał jeszcze kilkadziesiąt lat po wojnie, dopiero w 1986 r. w ustawie “Prawo lokalowe” znalazł się zapis, że gmina ma właścicielom oddawać domy, lecz wiele budynków było już tak zdewastowanych, że koszty remontu przekraczały ludzkie możliwości.[…] informowała inspektorka Adamus z Józefowa. Jednak miasto znalazło pomysł jak uratować dziedzictwo krajobrazu. Trzeba podkreślić, że Józefów, to obok Otwocka, największe skupisko “świdermajerów”.

W uchwale Rady Miasta z początku XXI w.: “W sprawie programu gospodarowania mieszkaniowymi zasobami miasta Józefowa na lata 2004-2008.” Był m.in. spis obiektów przeznaczonych do rozbiórki z uwagi na ich zły stan techniczny. W sumie rozebrano 17 budynków, m.in.: na ul. Sosnowej 20a, 20b, ul. Reymonta 5a i 5 b, oraz ul. Piłsudskiego 108. Te domy groziły zawaleniem, ich stan był taki, że nie opłacało się ich remontować.


Oprócz listy domów przewidzianych do rozbiórki sporządzono też spis budynków do rewitalizacji, czyli gruntownego remontu i pełnej kosmetyki. W tym wykazie było 16 domów, sporo z nich znajdujących się pod opieką konserwatorską, lub wpisanych do ewidencji zabytków ze względu na wartość historyczna lub architektoniczną. Rewitalizacja dotyczyła nie tylko budowli, ale też ich otoczenia np.: płotów, ogrodów itp. W józefowskiej uchwale napisano, też że “głównym środkiem realizacji tego zamierzenia (tj. poprawy warunków zamieszkania lokalnej społeczności) jest budowa nowych budynków wielorodzinnych nawiązujących architekturą do stylu panującego na tym terenie….” Znaleziono też sposób ich finansowania, a mianowicie sprzedawano parcele po nie nadających się do remontu drewniakach. W ten sposób wybudowano ponad 120 mieszkań socjalnych dla najuboższych. Takie mieszkania różnią się od innych małą powierzchnią (25-35 m. kw), ale posiadają węzeł sanitarny (wodę, wc, prysznice)– mówił burmistrz Stanisław Kruszewski).

Jak to wygląda w praktyce można sprawdzić na osiedlu przy ul. Werbeny i ul. 3 Maja. Powstały tam bloki z elementami stylu “nadświdrzańskiego”. Mają te same zwieńczenia dachów co sąsiednie drewniaki, oryginalne furtki, nawet śmietnik ma stylowe zdobienia.

-Zdajemy sobie sprawę ze możemy ratować tylko najcenniejsze budynki-mówił Stanisław Kruszewski, burmistrz Józefowa. – Większość z nich należy do miasta, reszta jest prywatna, ale uważamy, że miasto musi pomóc. Namawiam Towarzystwo Przyjaciół Józefowa, żeby wspólnie z miastem wystąpiło o pomoc do funduszy strukturalnych. Razem będzie nam łatwiej.[…]
Bez komentarza…

Krzysztof Oktabiński

Share